witeg pisze:
Po takich opowieściach niezmiennie dochodzę do wniosku, że "ta dzisiejsza młodzież" to krzty fantazji nie ma.
Dzisiejsza młodzież nie ma krzty fantazji... w większości przypadków absolutnie ZERO kreatywności. Godziny spędzane przy komputerze na TwarzoKsiązce, zostały od jakiegoś czasu zamienione na pełne doby spędzane on-line ze smartfonem i FB w wersji na komórki. Zastanawiam się co by się stało z dzisiejszą populacją gdyby na kilka dni wyłączono prąd. Pewnie dostaliby depresji, wymiotów, ataków drgawek, czegokolwiek... bo na pewno na pomysł aby robić dzieci by nie wpadli. Oczywiście zdarzają się wyjątki... Nie chcę uogólniać.
Jeżeli chodzi o własne doświadczenia.. zwłaszcza pirotechniczne - moje dzieciństwo przypadło na lata 80-te zeszłego wieku. Jeszcze zanim w domach pojawiły się ZX Spectrum, Atari i inne cuda techniki, wtedy generalnie po osiedlach strzelało się ze wszystkiego co potrafiło gwałtownie zwiększyć objętość, ciśnienie - a więc saletra z cukrem, mieszanina siarki, saletry i węgla drzewnego (to chyba już jest proch dymny?) Także bardzo popularne było uzyskiwanie "materiału wybuchającego" z masy od zapałek, popularnie nazywanej przez nas "siarczką". Kupowało się kilka paczek zapałek, (w jednej paczce 10 pudełek) i mozolnie zeskrobywało się tą "siarczkę". Zapałki były wtedy tanie "jak barszcz" i pieniądze na nie pozyskiwało się od rodziców żebrząc o drobne na oranżadę
Wbrew pozorom taki materiał z zapałek był naprawdę mocny.
Najważniejsze było to, że te wystrzały na polu praktycznie nikomu nie przeszkadzały. To znaczy nikt nie dzwonił na milicję - bo nikt nie przepadał za obcowaniem z nimi nawet przez telefon. Zatem mogło dziać się naprawdę wiele i nie było obaw, że przyjadą i będą jakieś niemiłe konsekwencje.
Pamiętam, znaleźliśmy kiedyś z kolegą taką niklowaną rurkę, dość grube ścianki, długość około 50 cm, średnica około cala. Stwierdziliśmy, że zrobimy z niej strzelbę gładkolufową

Jeden koniec rurki zaślepiliśmy wkręcając tam grubą śrubę. Z boku wywierciliśmy małą dziurkę (otwór zapałowy). Do rurki nasypaliśmy sporo siarczki od zapałek i włożyłem tam kulę ołowianą, miałem ich dostatek bo ojciec zajmował się wędkowaniem i służyły do obciążania systemów wędkarskich aby utrzymywały się na dnie.
Postanowiliśmy wypróbować naszą nową armatkę u mnie na balkonie. Rodziców nie było w domu. Można było poszaleć. Do poręczy balkonowej przymocowałem imadło, a w szczęki imadła włożyłem tą naszą naładowaną rurkę, którą wycelowaliśmy w niebo. Później tylko świeczka, którą przystawiłem do tej dziurki - otworu zapałowego. Pamiętam, że liczyliśmy, że od razu wystrzeli, ale nie wypaliła i zacząłem dłużej przytrzymywać płomień świecy przy tym otworze. Nagle gruchnęło! Pamiętam, huk był nie do opisania. Najgorsze było to, że śruba zaślepiająca jedną stronę naszej armatki, wkręcona naprawdę ciasno, po prostu została wybita i jak pocisk uderzyła w dolną szybę drzwi balkonowych, przebiła obie szyby, wpadła do salonu, rykoszetowała od podłogi i uderzyła od dołu w szklaną ławę, która była wtedy w tamtych czasach szczytem elegancji i dumą moich rodziców. Oczywiście szkło, szyby poszły w drobny mak, wszystko to trwało ułamek sekundy i zrobiło taki hałas, że pamiętam, aż się roztrzęśliśmy. Naszym szczęściem było to, że staliśmy z boku, a nie na torze lotu tej śruby. Gdyby było inaczej, ktoś by dostał w podbrzusze prawdziwym pociskiem jakim była ta śruba. Teraz można to skwitować - więcej szczęścia niż rozumu.
Szkoda opisywać jakie konsekwencje i kary mogły mnie napotkać po powrocie rodziców. Moje dodatkowe szczęście polegało na tym, że mieszkaliśmy na parterze i opowiedziałem rodzicom bajkę, że kiedy nie było mnie w domu, ktoś (z wysokości chodnika pod blokiem) rzucił kamieniem do nas na balkon, a kamień zrobił swoje. Szkło oczywiście posprzątaliśmy (i wymyślony kamień też) i wywaliliśmy wszystko do kosza, ale i tak pamiętam dociekliwość mojego ojca, który mówił: Jakaż to musiała być wielka siła, z jaką rzucono ten kamień, że potrafił narobić tylu szkód. Po latach, będąc już dorosłym, przyznałem się do winy. Zresztą tej i wielu innych win...
Reasumując, zważywszy na ilość sytuacji, w których człowiek dosłownie otarł się o śmierć lub kalectwo - moje pokolenie powinno być tak zdziesiątkowane, że praktycznie wymierające. Na szczęście to były czasy kiedy często wyłączali prąd a nasi rodzice doskonale wiedzieli co robić w takich sytuacjach
