Ostatni raz z karabinka podszytego wiatrem strzelałem u schyłku systemu, który pozwala do dzisiaj rozrastać się coraz większej liczbie kombatantów walki z nimże. Potem nie było jakoś okazji pomacać żadnego łindrajfla. Jakoś tak wyszło, trochę z braku czasu, a trochę z deficytu takich, czy innych możliwości doczesnych. Dwa lata temu tknięty nieodpartym afektem zanabyłem replikę Peacemakera pędzonego czystymi, płynnymi spalinami i tak jakoś poczułem ponownie frajdę celowania, oraz tęsknotę za czymś dłuższym - może to jakieś kompleksy związane z PESEL-em? Zacząłem czytać o tym, z czego strzelają inni, jak to działa i dlaczego tyle kosztuje? Łamane bambusy odpadły w pierwszej kolejności, choć na pobliskim targu dwa razy w tygodniu można kupić wyroby miotające śrut o bardzo korzystnym stosunku ceny do jakości (najczęściej 1:1). Powodem wyeliminowania wzmiankowanego sprzętu był brak elastyczności konstrukcji. Gdy najdzie mnie ochota na kameralne postrzelanie za garażem, gdzie maksymalnie mogę odsunąć się od tarczy na 12m, nie potrzebna mi moc, nadająca śrutowi zdolność przestrzelenia kulochwytu razem ze ścianą z szalówki. Z kolei, gdy pójdę sobie na pobliskie łąki i spróbuję z 50-ciu metrów przestrzelić puszkę po tuszonce nie przyda mi się rurka do plucia ryżem... Owszem, korzystna byłaby opcja posiadania osobnego sprzętu do garażowania i osobnego do perforowania czołgów, ale jak w każdym szanującym się gospodarstwie bez akceptacji głównej księgowej to i dyrektor generalny niewiele może... Z tego samego w pewnym sensie powodu odpadły wiatrówki napędzane pompką samochodową z lat 70-tych ubiegłego wieku kosztującą równowartość swojej wagi w złocie, chociaż nie ukrywam, trochę skłonów pewnie wpłynęłoby korzystnie na stan zdrowia. Do butli pod ciśnieniem kilkuset barów nie mam zaufania bo widziałem kiedyś efekt rozszczelnienia. Suma summarum pozostała opcja wiatrownicy z łatwo regulowanym ciśnieniem roboczym, nie wymagającej dodatkowego osprzętu, czyli ze staropolska zwanej PCA (Pompka, Celowanie, A... hmmm... to jeszcze raz). Po uzyskaniu stosownej akceptacji wniosku zakupowego podjąłem poszukiwania. Na stronie internetowej jednego z dystrybutorów gadżetów, dzięki którym faceci czują się bardziej prawdziwi trafiłem na NIĄ... Jakoś tak zawołała do mnie, choć nie znalazłem na jej temat żadnych opinii w języku mi znanym. Wszyscy rodzimi sprzedawcy mają na jej temat tę samą formułkę reklamową i adnotację "nowość". Ta nowość znana jest w cywilizowanym świecie od +/- 9 lat i dzięki google translate udało mi się poznać sporo pochlebnych wypowiedzi zadowolonych użytkowników. Pozwoliłem sobie nawet udać się do jednego ze sklepów oferujących i pomacać egzemplarz. Zakupiłem...
A więc do ad remu:
Daisy Powerline 901
https://goo.gl/tzkMyY
W dotyku nieco zabawkowa, bo osada wykonana jest z polimeru, ale całość jest sztywna. Nic nie trzeszczy, nie ma (póki co?) luzów. Trzyma się toto pewnie, nie ślizga się w rękach. Lufa stalowa, gwintowana ukryta w blaszanej obudowie. No ale nie chciałem czegoś, co wygląda groźnie i kosmicznie, a raczej rekreacyjnie i niewinnie.
https://goo.gl/Ko5Xit
Teoretycznie można strzelać kulkami BBs, bo Stokrotka ma przystosowany do nich wewnętrzny magazynek mieszczący 50szt. Jednak po doświadczeniach z Coltem nie będę ryzykował. Śrut ołowiany trzeba ładować pojedynczo. Port ładowania jest mały, więc osoba z kowalskimi łapkami może mieć kłopoty z umieszczeniem śrutu tam gdzie trzeba i do tego odpowiednim końcem w odpowiednią stronę. Ja od razu zadecydowałem, że będę korzystał ze starego wynalazku jakim jest pęseta, która jak się okazało działa bardzo dobrze.
Ponieważ bez okularów widzę szczerbinkę, ale z muszką mam już problem a cel jawi się niewyraźną plamą. W okularach zaś widzę muszkę i cel, ale szczerbinka jest tylko wyobrażeniem, zdecydowałem się na lunetę. Tu niestety budżet nie pozwolił na ekstrawagancję, więc wybór padł na dostępny w tym samym sklepie Strike System 4x32. Przymierzałem się do ołówka 4x20, ale jakoś mnie nie przekonał...
Dzisiaj miałem niedzielę, więc po opędzeniu standardowych obowiązków domowych dokonałem pierwszych prób. Przystrzelałem (kto wymyślił takie słowo?!?) lunetkę na 20m, po czym zutylizowałem resztkę półokrągłego KTK. Wyszło z tego jakieś 100 strzałów. Zarządziłem 20 metrów i mocno się rozczarowałem... swoimi umiejętnościami. Do pierwszych tarcz nie przyznam się nawet na torturach, ale ostatnią już mogę mimochodem uznać za "do przyjęcia".
https://goo.gl/8QeaCD
Tak, wiem, że nie ma się czym chwalić, ale naprawdę nie trzymałem karabinka w rękach prawie 30 lat, a z lunetką strzelałem może z 3 raz w życiu, więc mężnie zniosę ogólnoforumowy rechot.

Zanim zrobiło się ciemno przestrzeliłem jeszcze kilka śrutów przez chrono. Dwa ostatnie KTK na dziesięciu pompkach miały 190,9m/sek. i 189,5m/sek.
Crosman Match
10 pompek - 207,6m/sek. i 208,3m/sek.
5 pompek - 170,4m/sek.
3 pompki - 140,9m/sek.
Potem zrobiło się ciemno.
Po świętach, jak pogoda dopisze postaram się zrobić kilka testów Exactem i Targetem. Będę chciał zrobić prosty pomiar głośności strzałów na różnych sprężeniach i może przetestować zasięg całkowity? Jeszcze się zastanowię.
Mnie osobiście nie sprawia kłopotów 10 pompnięć, mimo iż dźwignia pompki (przednia część osady) nie jest zbyt długa. Dzisiaj wykonałem tych pompek koło tysiąca, bez zmęczenia. Właściwie lekki opór zaczynałem odczuwać dopiero przy siódmej pompce, ale ja średnio rozgarnięty kowal z maturo jestem...